Burgerownia – recenzja

Burgerownia - burger

Od czasu kiedy pracuję na etacie, spędzając całe dnie w biurze, za każdym razem, kiedy mam okazję znaleźć się w środku dnia w tygodniu na mieście, odkrywam na nowo ten zapomniany świat, w którym świeci słońce (przynajmniej w moich wyobrażeniach), na ulicach jest pełno ludzi i samochodów (czemu ci ludzie nie są w biurze, jak oni się utrzymują???) i nawet banki, te iluzoryczne instytucje, które funkcjonują przeważnie od poniedziałku do piątku od 9 do 17, przechowując pieniądze ludzi, którzy nie są w stanie ich odwiedzić, są otwarte!

Okazja do odwiedzenia tego legendarnego świata zdarzyła mi się ostatnio, kiedy to przez większość dnia, w ramach lepszego poznawania klientów, dla których na co dzień tworzę rozwiązania w biurze, odwiedzałem ich przez cały dzień w ich firmach. W ramach tych wizyt zawędrowałem w porze lunchu, który może z uwagi na spędzanie dnia poza biurem powinienem pewnie nazwać obiadem, na rzadko odwiedzany przeze mnie Żoliborz. Jako że mieszkam i pracuję dokładnie po drugiej stronie miasta, na Żoliborz docieram dość rzadko, w związku z czym jest on dla mnie mentalnie prawie równie odległy co Gdańsk, Kraków czy Poznań, w których czasami bywam nawet częściej. W związku z tym, oraz niezaprzeczalnymi atutami tej dzielnicy, takimi jak dużo zieleni, ciekawa architektura, czy ciekawe miejsca (Targ Śniadaniowy, Teatr Komedia, Cytadela), mam z tym miejscem bardzo pozytywne skojarzenia i każda potencjalna wizyta wywołuje u mnie pozytywne emocje.

Z takim nastawieniem wybierałem się na wspomniany już lunch-obiad, a na jego miejsce wybrałem Burgerownię na Krasińskiego (Julek Łabęcki dzięki za polecenie dawno, dawno temu!). Klimat wizyty był ciekawy już od pierwszych chwil, jako że Burgerownia mieści się w typowym PRL-owskim pawilonie usługowym, za którym majaczy wieżowiec z wielkiej płyty. Żeby dodatkowo ten klimat podkręcić, przed lokalem stali panowie, których można bez zbytniej przesady określić menelami, popijając piwko z sąsiedniego sklepu i, a jakże, czekając na burgery. Żeby poczuć klimat jeszcze bardziej, można też w Burgerowni zamówić oranżadę, i delektując się smakiem z dawnych lat, czekając na danie z lat zdecydowanie współczesnych, zastanawiać się nad… właściwie czymkolwiek 😉

Burgerownia - lokal

Burgerownia - menu

Wracając do sedna, za ladą przywitała nas bardzo miła Asia, współwłaścicielka Burgerowni, która prowadzi ten lokal już od trzech lat (strasznie długo zajęło mi dotarcie tutaj!). Z krótkiej rozmowy na temat składników, przepisów i źródeł zaopatrzenia, szybko można było wywnioskować że ekipa zna się na tym co robi, a na szczególne wyróżnienie zasługuje temat bułek, których receptura została wypracowana od zera z piekarzem, żeby wyróżniały się od wszystkich innych dostępnych na rynku. Efektem, który możecie zobaczyć na zdjęciu, jest coś pomiędzy pitą a panini, co jest ciekawą odmianą dla typowej bułki burgerowej. Z krótkiej i ciekawej karty wybrałem Krewetkę Burgera, z warzywami i, a jakże, grillowanymi krewetkami. Wspomniana bułka była ciekawa, chrupiąca i smaczna, ale nie tak dobra jak najlepsze, typowe bułki burgerowe. Mięso, w końcu krwiste, też było smaczne. Krewetki były chrupiące i soczyste, co pokazuje że po pierwsze były przygotowane z krewetek surowych, a nie obgotowanych (czyli tak jak trzeba), a po drugie grillowane dokładnie tyle czasu ile należy – szacun! Niestety, do takiej kombinacji było nieco za mało warzyw – w połączeniu z dwoma sosami, które były nieźle dobrane, zabrakło przełamania soczystym pomidorem, korniszonem czy innym awokado, które dopełniłoby całości. Pomimo to, Burgerownia dostaje mocne 4 i wskakuje na 7. miejsce – chętnie wrócę spróbować innych pozycji z karty, upewniając się najpierw że zostaną doładowane ekstra warzywami :)

Burgerownia - burger

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *