Friterie – recenzja

Friterie - burger

Pamiętacie, jak w dzieciństwie dostawało się czasem nietrafione prezenty? Jak przez większość roku czekało się na urodziny albo gwiazdkę, marząc o zestawie klocków LEGO, matchboxach, albo czymś związanym z grami komputerowymi? Albo, w wersji dziewczyńskiej, o nowej Barbie, zestawie z Kenem albo kucykach My Little Pony? Jak wielkie było niezadowolenie, jeśli zamiast tego pojawiało się coś innego, niekoniecznie tak wyczekiwanego. Czasem z braku pieniędzy, czasem z braku czasu oranizującego prezent, a czasem z niezrozumienia potrzeb, pojawiały się prezenty nie do końca trafione w rozdmuchane dziecięce marzenia. Pamiętam związany z takimi sytuacjami zawód, rozczarowanie i nadzieję, że przy kolejnej okazji będzie lepiej. I pomimo ze były to pojedyncze zdarzenia, to wbiły się w dziecięcą psychikę tak mocno, że z czasem stały się częścią obrazka najmłodszych lat.

Podobnego zawodu doświadczyłem w tym tygodniu. Odwiedziłem burgerownię, która funkcjonuje na warszawskiej scenie już dość długo i której nazwa przewijała się przy każdym przeglądzie rankingu, ponieważ od dawna funkcjonowała na liście miejsc do odwiedzenia. Przez dwa lata patrzyłem na nazwę tego lokalu, zastanawiając się czy może w najbliższym tygodniu nadejdzie dzień, kiedy w końcu poznamy się bliżej. Czekałem i czekałem, ale za każdym razem z różnych powodów trafiałem do innych miejsc. Friterie Burgers, miejsce przyciągające klientów głównie zachwalając swoje wysokiej jakości frytki, przy okazji serwuje pyszne według nich burgery. Sprawdziliśmy, i pomimo dobrych chęci, nie jesteśmy w stanie podpisać się pod tą deklaracją. Obsługa, choć bardzo miła, okazała się niezbyt kompetentna. Osoba przyjmująca zamówienie, nie do końca orientowała się co jest w którym burgerze. Pomimo zamówienia dwóch takich samych burgerów, każdy z nich został podany w innym rodzaju bułki, bez zapytania nas jaki rodzaj byśmy sobie życzyli. Każdy z nas wybrał inny stopień wysmażenia, obaj dostaliśmy taki sam. Kiedy myślę o ich poziomie organizacji, na myśl przychodzi mi Sodoma i Gomora, co byłoby nawet akceptowalne, gdyby uratowała ich jakość burgera. Niestety, tu również nie udało im się podołać wyzwaniu, które sami sobie postawili uruchamiając taki lokal…

Friterie - lokal

Spróbowałem Chorizo, który poza kiełbasą chorizo miał żółty ser, warzywa i sos, chyba musztardę i ketchup. W momencie zaserwowania burgera, wstrzymałem oddech. Był przepiękny! Podany w gustownym koszyczku, z ładnego papierka wyglądała śliczna bułka, zachęcająca uwodzicielsko wystającym grubym kawałem mięsa, położonego na pięknie postrzępionej sałacie i przykrytego idealnie roztopionym serem i warzywami. Gdybym prowadził konkurs piękności, ten burger byłby na podium. Nie mogłem doczekać się pierwszego gryza, a kiedy uniesiony emocjami płynącymi z doznań wzrokowych wgryzłem się w te wszystkie piękności, przez myśl przeleciał mi z szybkością błyskawicy popularny ostatnio amerykański zwrot – „honeymoon is over”. Bułka właściwie nie chrupała, za to zapychała. Mięso było ledwo krwiste, a właściwie to już bardziej średnio wysmażone. Chorizo było bardzo fajnym dodatkiem, ale prawie niewyczuwalnym, a jeszcze mniej wyczuwalny był sos. Wraz z towarzyszem testu doszliśmy do wniosku, że ten burger smakuje bardziej jak kanapka z kotletem, niż dobrej klasy slow-foodowy burger, w którym wszystko dobrze się komponuje i współgra niczym dobrej jakości orkiestra symfoniczna. Z bardzo słabą oceną 3 Friterie ląduje na 31. miejscu i nie polecam zdecydowanie – szkoda okazji, którą można wykorzystać na zjedzenie naprawdę dobrego burgera w niedalekiej okolicy.

Friterie - menu

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *